Neith

Ostatnie chwile wśród cieni, w milczeniu, w spowolnionym czasie.
Neith przeszła obok łóżka, wolną ręką sunąc po krawędzi materaca. Patrzyła na śpiącego mężczyznę z pewnym zniesmaczeniem. Jego chrapanie nie przypadło jej do gustu, psuło scenerię, która jeszcze chwilę temu była prawie doskonała.

On sam, dopełniając to co już zepsute, był niedoskonały. Wszystko można było jednak  naprawić. Przywrócić idealną ciszę, odnaleźć piękno w tym, co brzydkie. Usunąć ze świata szpetną niedoskonałość.
Wtedy wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko. Czas, uśpiony do tej pory, ruszył pędem. Zmysły wyostrzyły się, serce zabiło mocniej, waliło w piersi dziko, krew wrzała. Neith obróciła kij w dłoni, złapała go drugą ręką, mocno. Lekkim ruchem głowy odrzuciła włosy z twarzy. Nie uśmiechała się dłużej.

Krzyczała.

Najpierw wysoko i przenikliwie, po chwili, gdy kij uderzał w brzuch Trevora, nisko i gardłowo. Uderzyła go z całej siły, prosto w przeponę. Odpowiedział głuchym charknięciem wypluwanego powietrza i kwikiem bezdechu. Raczej nie połamała mu żeber, nie miała dość siły, była wątła i słaba, a nadrabiała jedynie – może aż – gniewem i pasją, jakie gromadziła w sobie.
Krzyk ucichł. Neith zaczerpnęła powietrza przez rozchylone wargi. Pochyliła się, jej twarz zasłoniły pasma włosów. Patrzyła na krztuszącego się, próbującego odzyskać dech mężczyznę, szukała jego spojrzenia, czekała na zaskoczenie.

005B

Żart. Tym było życie, jeśli odebrać mu je miała dziewucha, której imienia nikt nie pamiętał, wyrzucona za drzwi, niechciana tu tak samo, jak pewnie wszędzie indziej. Sekundy mijały, zarazem dłużyły się i uciekały. Oddech nie wracał, grzązł w gardle, jakby coś przyblokowało płuca na dobre.
No dalej – chciałoby się zawołać – zabij, na co czekasz? Śmiałby się, gdyby mógł, ale jedyny odgłos, jaki dobiegł z jego ust, to kolejny kwik, rzężenie. Szarpnął ciałem, aż łóżko zaskrzypiało. Sam wyjdzie jej na przeciw, może jeszcze nie wszystko stracone.

Reklamy