Agents Of Time

– Psst. Lubisz, kiedy muzyka zaskakuje?

Reklamy

20 lutego rozbiłam się o rzeczywistość

Tekst powstał blisko dwa miesiące temu, kiedy jeszcze nie myślałam o tym, by (nie)blogowaniem wprawiać się w pisaniu, a przy okazji odważyć się w końcu wypowiedzieć na głos, co naprawdę o tym wszystkim myślę.

To pewnie jeden z lepszych tekstów, jaki kiedykolwiek napisałam. Kierowany do facebookowych znajomych, a dzisiaj – do reszty Internetów. 

Jako prolog, niech zagra Giles Corey. Najlepszy kawałek, jaki słyszałam od lat, kompozycyjnie genialny, dokładnie taki, jak lubię. Nie pamiętam, czy akurat tego słuchałam pisząc poniższy tekst, ale nie mogło to być z całą pewnością nic bardziej adekwatnego. 

20 lutego 2016. Stolarska jest głodna, więc zamiast ruszyć dupsko do kuchni zaczęła myśleć.

(To niebezpieczny stan, kiedy wydaje mi się, że poznałam sekret przeżycia i przeżywania, a życie samo w sobie to mistyczna sztuka poszukiwania czegoś, co można zjeść bez używania innych narzędzi niż ręce. Nogi również odpadają, a wiec trwam w jednym punkcie, zanim osiągnę ten krytyczny. I słucham muzyki. Cierpienie poprawia percepcję).

Odczuwam wstręt i niepokój słuchając popularnych kawałków. Podświadomość sugeruje, że coś musi być z muzyką nie tak, jeśli dotarła do tylu osób – ludzie to przecież bezguścia i idioci.
Zabawne jest to, że każdy tak uważa (tak wiem, Ty akurat nie, spoko) i ma na myśli niemal wszystkich poza sobą. Jesteśmy zatem gatunkiem składającym się z jednostek wybitnych w swoim ograniczeniu, choć ostatecznie to i tak nie ma żadnego znaczenia. Znajome jest to, co nasze, chciane i zaakceptowane. Obca reszta to złowrogi świat głupoty, którego nie obdarzamy zainteresowaniem całkiem zdrowo.

Pokłady nieufności wobec konsumenckich wymagań, jakości słuchania, zdolności do oceny i zajrzenia pod wierzchnią warstwę kompozycji, by odkryć tam coś tylko dla siebie, coś, co porusza wnętrze, na jakiś czas uzależnia i jest niemal tak dobre, jak seks, a trochę lepsze niż najlepsze jedzenie (Fuck, znów sobie przypomniałam, że jeszcze nie jadłam!) – nie, świecie, nie masz w sobie dość wrażliwości – wszystko to sprawia, że odpalając nowy kawałek zerkam na te nieszczęsne wyświetlenia/odtworzenia.
I wróżę.

Pozornie bez sensu, w rzeczywistości – choć nie jest to zasadą – perełki niemal nie istnieją w Internecie. Nie dlatego, że jest ich mało, bzdura. Dlatego, że mało kto ich szukał, a więc ich czas antenowy jest nieznaczącym ułamkiem promila nieskończenie długiej audycji – szumu symultanicznie odtwarzanego badziewia.

Nie wiem, czego słuchacie ostatnio. Pewnie czegoś, czego sama nigdy bym nie odpaliła. I vice versa. Tak jest dobrze.

Ale.

Nie słuchajcie muzyki, która przychodzi do Was sama. (Wstawiłabym w tym miejscu bluzg lub onomatopeję, ale te, które oddają moją frustrację napisane wyglądają żałośnie, a przecież właśnie tworzę dowód swojej mądrości – wiecie jak jest).

Nie słuchajcie muzyki, która przychodzi do Was sama. Skoro spośród tysiąca dobrych kanapek wybieracie kanapkę wyjątkową, która ma wszystko to, co w Waszej kanapce powinno się znajdować, włącznie z ulubionym sosem albo bez niego, bo może ktoś jest na tyle dziwny (hehe), że lubi kanapki bez sosów, skoro w łóżku robicie te rzeczy, które sprawiają Wam przyjemność, a nie te, które sprawiają przyjemność komuś, z kim nigdy do łóżka nie poszliście i nie pójdziecie, skoro zasadniczo myślicie o sobie i chcecie dla siebie tego, co najlepsze, to dlaczego, kurwa (tu pasowało), wszyscy słuchają tego samego?

(Tak, wiem, Ty akurat nie, spoko).

Teraz – punkt krytyczny osiągnięty – pójdę zrobić sobie kanapkę. Będzie najlepsza, bo wsadzę do niej dokładnie to, co lubię w moich kanapkach najbardziej.
A jeśli ktokolwiek to przeczytał i dotarł do końca to niech się przypadkiem nie poczuje urażony. Znasz swój gust i słuchasz dokładnie takiej muzyki, jakiej potrzebujesz? Świetnie, pjonteczka. Słuchasz tego co wszyscy, bo tak jest wygodnie, bez ryzyka, bez wysiłku, a nutka w końcu i tak jest spoko? No spoko, Twoja strata (naprawdę wielka, omija Cię wyjątkowa kanapka i dobry seks), a moja rada – przestań i znajdź coś swojego.

Znajdź tak naprawdę, zmarnuj na to dzień, tydzień, pół roku. Posłuchaj od początku do końca niezliczonej ilości tytułów, całych albumów, testuj utwory i sprawdzaj, jakie robią na Tobie wrażenie i czego chcesz więcej, czego mniej. Poznaj swój gust, zamiast pożyczać go od tłumu.
Wybieraj te bez milionów wyświetleń, te poniżej tysiąca bywają lepsze i bardziej poruszające niż cokolwiek innego.

Smacznego.

Neith

Ostatnie chwile wśród cieni, w milczeniu, w spowolnionym czasie.
Neith przeszła obok łóżka, wolną ręką sunąc po krawędzi materaca. Patrzyła na śpiącego mężczyznę z pewnym zniesmaczeniem. Jego chrapanie nie przypadło jej do gustu, psuło scenerię, która jeszcze chwilę temu była prawie doskonała.

On sam, dopełniając to co już zepsute, był niedoskonały. Wszystko można było jednak  naprawić. Przywrócić idealną ciszę, odnaleźć piękno w tym, co brzydkie. Usunąć ze świata szpetną niedoskonałość.
Wtedy wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko. Czas, uśpiony do tej pory, ruszył pędem. Zmysły wyostrzyły się, serce zabiło mocniej, waliło w piersi dziko, krew wrzała. Neith obróciła kij w dłoni, złapała go drugą ręką, mocno. Lekkim ruchem głowy odrzuciła włosy z twarzy. Nie uśmiechała się dłużej.

Krzyczała.

Najpierw wysoko i przenikliwie, po chwili, gdy kij uderzał w brzuch Trevora, nisko i gardłowo. Uderzyła go z całej siły, prosto w przeponę. Odpowiedział głuchym charknięciem wypluwanego powietrza i kwikiem bezdechu. Raczej nie połamała mu żeber, nie miała dość siły, była wątła i słaba, a nadrabiała jedynie – może aż – gniewem i pasją, jakie gromadziła w sobie.
Krzyk ucichł. Neith zaczerpnęła powietrza przez rozchylone wargi. Pochyliła się, jej twarz zasłoniły pasma włosów. Patrzyła na krztuszącego się, próbującego odzyskać dech mężczyznę, szukała jego spojrzenia, czekała na zaskoczenie.

005B

Żart. Tym było życie, jeśli odebrać mu je miała dziewucha, której imienia nikt nie pamiętał, wyrzucona za drzwi, niechciana tu tak samo, jak pewnie wszędzie indziej. Sekundy mijały, zarazem dłużyły się i uciekały. Oddech nie wracał, grzązł w gardle, jakby coś przyblokowało płuca na dobre.
No dalej – chciałoby się zawołać – zabij, na co czekasz? Śmiałby się, gdyby mógł, ale jedyny odgłos, jaki dobiegł z jego ust, to kolejny kwik, rzężenie. Szarpnął ciałem, aż łóżko zaskrzypiało. Sam wyjdzie jej na przeciw, może jeszcze nie wszystko stracone.